Alojzy szarlowski wspomnienia z powstania styczniowego na litwie

Alojzy Szarłowski: Wspomnienia z powstania styczniowego na Litwie

Arsenał Varia Skomentuj

Alojzy Szarłowski: Wspomnienia z powstania styczniowego na Litwie

ALOJZY SZARŁOWSKI

Część I

 

Cichy, pracowity tryb życia doznał niespodzianej przerwy i wniósł zamęt niezwykły w ciągu paru następnych miesięcy mego życia szkolnego. Razu pewnego oświadczył mi Kolega Inaszewski (czy Inaszkiewicz), że ma do mnie bardzo ważny interes. Wyszliśmy z godziny szkolnej do wielkiej sali, na dole, przeznaczonej na zawieszanie płaszczów studenckich, i tam, siadłszy w oknie, odbyliśmy konferencję natury politycznej. Z niej się dowiedziałem, że dotąd organizacja narodowa w Kownie szła bardzo tępo, albowiem upoważnieni przez Komitet Narodowy, Chmielewscy, ojciec i syn (ten ostatni lekarz wolno praktykujący, zmarły przed paru laty w Warszawie), nic zgoła nie robili, z czego wynikło podejrzenie, że należą do stronnictwa „białych”. Dla tych więc powodów i w celu przyśpieszenia i rozwinięcia organizacji narodowej, Komitet Narodowy odjął im to upoważnienie, a przeniósł je na lekarza Dziczkowskiego. Po tych wyjaśnieniach wstępnych spytał mię: czy podzielam w całej pełni zapatrywanie o potrzebie szybkiej organizacji i czy gotów jestem do niej natychmiast przystąpić. Gdy na oba te pytania lekkomyślnie, prawie bez namysłu, dałem odpowiedź twierdzącą, oświadczył mi, iż będę wkrótce zamianowany dziesiętnikiem, że mam obowiązek zorganizowania tak zwanej „dziesiątki” z kolegów gimnazjalnych, a jako dziesiętnik będę brał udział w tajnych zgromadzeniach i naradach u lekarza Dziczkowskiego, który mieszkał przy Placu Paradnym, tuż naprzeciwko kolumny, wystawionej na pamiątkę wkroczenia Francuzów w granice Rosji w r. 1812. Miłość moja własna niesłychanie była tą, propozycją połechtana: nie tylko . dano mi sposobność służenia sprawie narodowej — jak mniemałem najmocniej, najlepiej — lecz nadto jeszcze zaszczycano mię szczególniejszym zaufaniem, przypuszczano do tajemnic organizacji i robiono od razu „dziesiętnikiem”. Było to pierwsze dostojeństwo w życiu mojem i to dostojeństwo w służbie ojczyźnie. Trzeba było żyć wśród ówczesnego nastroju ogółu polskiego, być gorącego temperamentu i mieć lat 17 zaledwie ukończonych, aby pojąć i odczuć jak pierś moja dumą wezbrała, jak urosłem w oczach moich i w oczach tych kolegów, z którymi stykałem się następnie w charakterze organizatora.

Zabrałem się więc do mej pracy organizacyjnej. Jednego z pierwszych zwerbowałem do mej dziesiątki Michała Markiewicza, najlepszego mego przyjaciela w klasie, syna właściciela kamienicy, w pobliżu pałacu gubernatorskiego w Kownie; drugim z rzędu był również uczeń tejże klasy Nowicki, syn właściciela wsi ze Żmujdzi, którego imienia przypomnieć sobie nie mogę. Ze zwerbowanych kolegów przypominam sobie jeszcze Znamierowskiego. Wiem, że do pełnej dziesiątki nie zdołałem doprowadzić: jedni z moich kolego w byli zanadto słabi fizycznie (n.p. Rombowiez, syn dyrektora gimnazjum żeńskiego w Kownie, krótkowidz) a byli także i obojętni dla tej tajnej roboty, albo z nakazu rodziców trzymali się jej z daleka. Zdaje się, że i inne dziesiątki gimnazjalne nie były kompletne. O tej tajnej robocie w gimnazjum oczywiście władza szkolna (dyrektor Winogradow i profesorowie Rosjanie) nic zgoła nie wiedzieli, a Polacy — jeżeli i wiedzieli co się. święci — milczeli.
Wśród takiej tajnej roboty przerywanej od czasu do czasu sesjami dziesiętników u dr Dziczkowskiego, które nie przedstawiały większego interesu. Zdaje się, że i sam Dziczkowski nie wiele więcej od nas wiedział. Z takich sesji przynosiliśmy niekiedy jakąś proklamację drukowaną w Warszawie, niekiedy jakąś broszurę polityczną. Najczęściej rolę pośrednika odbywał jego lokaj dosyć wtajemniczony w istnienie tajnej akcji, który udzielał nam różnych informacji. Nie wiem, jak się później lokaj ten zachowywał w procesie, lecz sam lekarz Dziczkowski okazał niezwykłą słabość i brak charakteru, zdradzając wiele tajemnic i plącząc wiele osób. Tak przynajmniej później opowiadano. Nareszcie zbliżał się dzień wybuchu zbrojnego powstania, powstania styczniowego, jak je potem nazwano. Dnia 23 stycznia siedzieliśmy w klasie i raz po raz rozpoczynaliśmy rozmowę z Gwajtą, profesorem matematyki, człowiekiem miłym i wykształconym wszechstronnie, lecz przeciwnikiem zbrojnego powstania i traktującym nasz zapał dla idei walki zbrojnej z pewną dozą ironii. Lubiliśmy z nim dysputy, nie tylko aby uniknąć nudnej matematyki, lecz takie i dlatego, że nigdy żadnem namiętnym słowem nie obraził naszych uczuć patryotycznych a tylko walczył poważnymi argumentami. Rodem był z Finlandii, lecz z poglądami swymi polityczno-narodowymi w ogóle nigdy się nie zdradzał. Dyskusja z Gwajtą wlokła się w tym dniu ociężale. Jakiś dziwny niepokój, jakieś oczekiwanie czegoś ogarnęło nas wszystkich. Dzień był pochmurny, mglisty. Okna klasy naszej w nowym gimnazjum zwrócone były na plac i na oddalone wzgórza i lasy zaniemeriskie. Naraz zza chmur i mgły ukazała się krwawa tarcza słoneczna. Mój bezpośredni sąsiad Rombowiez odezwał się tymi słowy: „Oto wschodzi stamtąd słońce wolności”. Wszyscy zwróciliśmy na nie uwagę i posypały się na ten temat różne uwagi: Gwajtą znowu uśmiechał się ironicznie . . .
Wkrótce wieść o powstaniu doszła do Kowna i wywołała wśród naszej organizacji i w naszym kółku radość niesłychaną. To, o czym nasłuchaliśmy się od dzieciństwa, to, o czym marzyliśmy w zaraniu naszej młodości, miało się stać faktem; mieliśmy rozpocząć walkę z wrogiem, o której pomyślnym wyniku byliśmy jak najmocniej przekonani. W chwili organizacji mniej pracowałem dla szkoły, a teraz już o nauce całkiem mowy nie było. Oczekiwaliśmy, że lada chwila otrzymamy wezwanie do opuszczenia miasta i formowania oddziału a więc gorączkowo czyniliśmy do niej przygotowania. Miałem strój powstańczy (długie buty i świtkę z grubego sukna), a o rzecz najważniejszą nie troszczyliśmy się zgoła. Dr. Dziczkowski zapewniał nas najuroczyściej, że broń wkrótce otrzymamy i to w najlepszym gatunku.
W pierwszym dniu piękniejszym, zniecierpliwieni oczekiwaniem, zrobiliśmy małą demonstrację w mieście, aby napsuć trochę krwi Moskalom. My, uczestnicy tajnej organizacji, odbyliśmy po głównych ulicach Kowna rodzaj zbiorowej przechadzki, aby się przekonać, jakie wywrze na nich wrażenie ukazanie się młodzieży w większej liczbie, albowiem liczniejsze zgromadzenia na ulicach i placach były surowo zakazane. Istotnie zamiar swój wykonaliśmy: ze wszystkich okien i magazynów spoglądano na nas z ciekawością, a z wielu okien kobiety powiewały chustkami na znak powitania. Kiedyśmy (zbliżyli się do pałacu gubernatorskiego, oddział piechoty przebiegł przed nami i ukrył się gdzieś w podwórzu pałacu gubernatorskiego. Nie chcąc oczywiście narazić się na jakieś nieprzyjemności, skoro ojczyzna — jak pochlebialiśmy sobie — wymaga usług naszych na polu walki, postanowiliśmy zakończyć przechadzkę spokojnie i nie dochodzić do rezydencji gubernatorskiej, a wróciliśmy na drogę wiodącą na Górę Zieloną, gdzie się znajdowało więzienie. Zaledwie tylko skierowaliśmy nasze kroki w tamtą stronę, znowu tenże sam oddział piechoty przesunął się przed naszymi oczami i z pośpiechem podążył ku górze, w stronę więzienia. Zbliżająca się pora obiadowa naszą gromadkę wkrótce rozproszyła, a w nas utworzyło się mniemanie, że Moskale nas się obawiają.
Istotnie Moskale w początkach powstania wielkiej odwagi wcale nie mieli, zdawało im się, że niesłychane siły rewolucyjne spoczywają w głębi ducha narodowego, a każdy środek, choćby najbardziej terrorystyczny, będzie w tej walce użyty. Katechizm rewolucyjny L. Mierosławskiego im spać nie dawał spokojnie, dlatego tak łatwo dano wiarę w społeczeństwie rosyjskim tej bezczelnej bajce, iż powstanie rozpoczęło się od wymordowania oddziałów rosyjskich, garnizujących po miastach i miasteczkach Królestwa Polskiego. W Kownie mieliśmy taki jeden objaw tej niezwykłej, naiwnej bojaźliwości moskiewskiej. Opowiadał mi o tem mój kolega szkolny Czarnocki, syn naczelnika stacji kolei żelaznej w Kownie. Jenerał Ganeckij, głośny później z czynów okrucieństwa w Królestwie Polskim, otrzymał rozkaz udania się pośpiesznie z oddziałem wojskowym do Królestwa. Wskutek tego wezwał naczelnika stacji i zapytał: czy może wojsko poprowadzić przez most kolejowy na Niemnie? Otrzymawszy upewnienie, iż można po moście iść bezpiecznie, po obu stronach toru kolejowego, ruszył z oddziałem. Zaledwie znalazł się na środku mostu, kiedy ujrzano z daleka idący pociąg ku mostowi. Jenerał Ganeckij wyobraził sobie, że służba kolejowa polska z umysłu puściła pociąg, aby tenże najechał na wojsko i poczynił w nim spustoszenie. Narobił więc ogromnego hałasu, odgrażał się naczelnikowi stacji, zanim go nie zdołano w końcu uspokoić, że żadne niebezpieczeństwo nie grozi żołnierzom i mogą bezpiecznie iść dalej po moście. Pomiędzy urzędnikami kolejowymi śmiechu i tego powodu było nie mało z głupiej naiwności jenerała.
Zbliżały się także i dla naszej organizacji chwile nader ożywionej akcji. Dr. Dziczkowski zapowiedział nam rychłe przybycie nadzwyczajnego Komisarza Rządu Narodowego do Kowna, albowiem postanowiono działać w przyspieszonym tempie, z powodu zbliżającej się wiosny, pory już stosownej do rozpoczęcia powstania na Litwie. Już doszły nas wieści, że w powiecie trockim (a więc miejscu zamieszkania mego ojca) już rozpoczęły się przygotowania do ruchu zbrojnego.
Obiecywany Komisarz Rządu Narodowego przybył nareszcie. Był nim człowiek jeszcze młody, nazwiskiem Żdżarski. Imienia jego nie pamiętam. Był wątły, niskiego wzrostu, z długą, rzadką, koźlą, brodą. Patrzyliśmy na niego z uwielbieniem jak na tego, który miał nas zaopatrzyć w, broń i amunicję i poprowadzić na pole walki za ojczyznę. Najpierw polecił drowi Dziczkowskiemu, aby przedstawił mu kolejno nas wszystkich dziesiętników gimnazjalnych, a więc pewien rodzaj starszyzny rewolucyjnej. Od tego czasu widywaliśmy się z nim dosyć często i oczekiwaliśmy hasła do wyruszenia na Żmudź, którą, młodzież kowieńska miała poruszyć do powstania.
Wśród tego gorączkowego oczekiwania wybrałem się na parę dni do Wandopola, do domu rodzicielskiego, na pożegnanie. Witano mnie tam z niezwykłym rozrzewnieniem. Nigdy może pobyt mój w domu rodzicielskim nie był połączony z tylu objawami czułości rodzinnej, jak podczas tego ostatniego pobytu. Wszyscy byliśmy pełni najlepszych myśli i nadziei, a zdawało nam się wszystkim a w tej liczbie i memu ojcu, w którym jednakże od czasu do czasu budziły się poważne refleksje, iż zerwać się do walki, to prawie zwyciężyć. Któż mógł wątpić, że Napoleon III, ten nasz niewątpliwy przyjaciel, wybawca Włoch z niewoli austriackiej, nie pośpieszy nam z pomocą? Któż nie łudził się nadzieja na pomoc rewolucji europejskiej, która w osobie Józefa Garibaldiego pośpieszy nam z pomocą? A czyż nie mieliśmy prawa liczyć na rewolucję rosyjską, na sympatię wśród oficerów rosyjskich, do czego wzywał Kołokoł Herzena, a o czym nas zapewniały liczne pisane odezwy, które najczęściej głupie i niesłychanie naiwne w treści, krążyły po rękach w mnóstwie odpisów. Otóż tymi uczuciami i nadziejami wezbrane były serca nasze.
Powiat trocki miał jeden z pierwszych na Litwie wystąpić z akcją zbrojną. Na czele powstania stanąć miał Antoni Zaleski, właściciel wsi Kościuszyszki. Był on synem Marcina, referendarza litewskiego, który posiadał znaczne dobra w tej stronie powiatu trockiego (Poportele, Kościuszyszki i Zubiszki), podzielone następnie pomiędzy dwóch czy trzech synów i córkę. Jeden z nich, Antoni, był nam dobrze znany. Owdowiawszy w młodym stosunkowo wieku, odbywał podróże po Europie i nawet był w Algierii, gdzie wspólnie z hr. Michałem Tyszkiewiczem (jeżeli mię pamięć nie myli) polował na lwy. Antoni Z. był to człowiek gładki, oczytany, w towarzystwie nadzwyczaj miły, miał duże wiadomości z zakresu literatury polskiej i obcej, a z zamiłowaniem oddawał się malarstwu, rysunkom i był znawcą sztuki. On to między innymi ilustrował „Pamiętniki” J. Chr. Paska. Z większych obrazów znam jego tylko jakiś krajobraz zimowy z guberni wiatskiej, gdzie przez lat kilka przebywał na wygnaniu (od r. 1863—1868). Po powrocie z wygnania i przymusowej sprzedaży majątku ziemskiego na Litwie, osiadł na krótko w Warszawie, a następnie przez lat kilka mieszkał w Krakowie, gdzie miałem sposobność blisko poznać całą jego rodzinę i być z nią w bliskich, codziennych stosunkach. Otóż Antoni Zaleski zażywał wielkiego miru wśród braci szlachty, jak i w ogóle ta linia rodziny Zaleskich była cenioną dla wielkiej prawości, cnót obywatelskich i gorącego patriotyzmu. W domu śp. pana referendarza Marcina Zaleskiego było zawsze pełno bliższych i dalszych krewniaków, niekiedy zaledwie może powinowatych, rezydentów i rezydentek. I syn, Antoni, chociaż z usposobienia oszczędny, trzymał się tradycji rodzinnej, a między innymi Jerzy Laskarys, autor całej serii gawęd humorystycznych pod tytułem: „Rarogi” był stałym rezydentem A. Zaleskiego; w Kościuszyszkach przebywał bardzo często malarz i rysownik Michał Andriolli, z którym gospodarza domu łączyła przyjaźń i wspólne zamiłowanie w sztuce. J. Laskarysa zwano w otoczeniu Zaleskiego „dziedzicem błękitnych oczu i francuskiej brody” albowiem w ten sposób sam scharakteryzował jednego ze swych bohaterów, guwernera w pańskim domu.
W Kościuszyszkach było ognisko przygotowane dla ruchu zbrojnego. Zaleski miał wyprowadzić w pole całą szlachtę powiatu i być naczelnikiem oddziału; wszyscy bez różnicy, starsi i młodsi, żonaci i nieżonaci, mieli wsiąść na koń i dać dobry przykład reszcie Litwy. Z tego obowiązku zwolniono tylko dwóch sąsiadów: mego ojca (który, jako nie myśliwy i niezbyt mocny fizycznie, był zamianowany poborcą, podatku narodowego i miał dostarczać oddziałowi środków pieniężnych) i dzierżawcę Hermanowicza, na którego włożono obowiązek dostarczenia powstańcom żywności. Czy Zaleski posiadał jakieś kwalifikacje wojskowe, o to oczywiście nie pytano; lecz wystarczało, iż był dobrym myśliwym i posiadał zaufanie współobywateli.
W dostatnim domu Zaleskiego było w. stajni dużo koni, dużo siodeł, trochę broni myśliwskiej, a — jak powiadano — i trochę broni ukrytej. Zjazdy i narady odbywały się tam nieustannie, stamtąd rozchodziły się wszystkie nowiny polityczne i wydawano polecenia. M. Andriolli i J. Laskarys przyjeżdżali także i do mego ojca, a ich obu raz jeden w życiu widziałem w naszym domu. Kiedy przyjechałem w odwiedziny i na pożegnanie do rodziców, powziął ojciec zamiar, abyśmy siedli obaj na koń i pojechali do Kościaszyszek, aby mnie przedstawić Antoniemu Zaleskiemu. Pozwolił mi ojciec ubrać się w strój powstańczy, w długą sukmanę z szarego sukna, w którym to stroju spotkanie się z kozakami byłoby bardzo niemiłe. Z gęstą miną i w najlepszych humorach przejeżdżamy przez miasteczko Żyżmory i przebywszy kawał leśnej, drogi, zbliżamy się do wsi Koszedary, będącej własnością słynnego awanturnika Rvszarda Romera (dziś w Koszedarach stacja kolejowa, dawniej jej nie było), W drodze za Koszedarami spotykamy niezmiernie wystraszonego lekarza Jackiewicza, który obok praktyki zajmował się gospodarstwem -wiejskim i właśnie trzymał Koszedary w dzierżawie od Romera. Z pośpiechem rzuca nam Jackiewicz pytanie: „dokąd to?” — Ojciec odpowiada: do Kościuszyszek, chcę sprezentować syna Zaleskiemu. Wówczas Jackiewicz jął nam opowiadać o otoczeniu minionej nocy Kościuszyszek, o niezmiernie ścisłej rewizji w całym dworze, o aresztowaniu Zaleskiego, i wywiezieniu do Wilna, przyczem dał nam radę, abyśmy co rychlej wracali, bo możemy wpaść w ręce wałęsających się po okolicy oddziałów kozackich, poszukujących nie wiedzieć czego i kogo. Powtarzać nam tej rady drugi raz nie trzeba było. Zawróciliśmy konie i popędziliśmy przez lasy, a spokojnie przejechaliśmy przez Żyżmory, roznosząc wieść o aresztowaniu Zaleskiego. Tym sposobem powstanie doznało pierwszego niepowodzenia w naszym powiecie i Zaleskiego wywieziono następnie do Wiatki a z czasem nakazano mu dobra na Litwie sprzedać. Z majątku, ponieważ ciążyły na nim długi, nie wyniósł — jak mi sam później opowiadał w Krakowie — ani złamanego grosza. Szlachta utraciła swego wodza, a ten który po nim miał dowodzić w powiecie trockim, oficer straży leśnej Korewo, zaufania takiego wśród niej nie mógł posiadać. Zresztą zmieniło się wkrótce zapatrywanie na dokonany wybór, jako wynik z góry obmyślonego planu. Każdy stał się ostrożniejszy i wolał czekać a do powstania garnęła się tylko młodzież; starzy woleli siedzieć w domu, politykować i oczekiwać obcej pomocy. Złe języki — gdzie ich nie ma! — powiadały wówczas, jakoby sam Zaleski, jako człowiek rozumny, widząc wybuch przedwczesny, sam na siebie denuncjował, aby siebie, dzieci swoich i majątku nie wystawiać na widoczną zgubę i ruinę; przewidywał bowiem, że dla braku dowodów winy skończy się wszystko dla niego tylko wywiezieniem do Rosji, nie mógł jednak przewidzieć przymusowej sprzedaży majątków ziemskich, pomysłu jenerał gubernatora Murawjewa.
Czas już mi było wracać do Kowna. Pożegnanie z ojcem i rodziną było rozrzewniające do głębi duszy — wszystkich nas ogarnęło ciężkie uczucie, chociaż nikt z nas nie zdawał sobie jasno sprawy, iż nad Krajem i nami wszystkimi zawisło tak wielkie niebezpieczeństwo, iż nie miesiące i lata lecz trwać będzie całe dziesięciolecia. Dziś jeszcze gdy te słowa piszę, ziemie polskie pod zaborem Rosji odczuwają na sobie gorzkie owoce tej wielkiej katastrofy dziejowej. (Ojciec i siostra moja rodzona Antosia odprowadzili mnie na stację kolejową Zosie, skąd podążyłem do Kowna. Dzień był piękny, niebo jasne, ale w sercu smutek ciężki. Długo z okna wagonu spoglądałem na peron stacji kolejowej, gdzie ojciec ł siostra spoglądali za odchodzącym pociągiem . . . Powoli niknęli mi we mgle i maleli coraz bardziej, a wówczas przypomniały mi się słowa Byrona, którego od wczesnej młodości byłem wielkim zwolennikiem: „Obaczę niebo, obaczę morze, lecz nie obaczę już rodziny mojej”!
Jedną pamiątkę tego pełnego silnych wzruszeń pożegnania zachowałem po dzień dzisiejszy. Oprócz 30 rubli w banknotach, które otrzymałem na koszta udziału w walce narodowej, w chwili ostatniej wyjął ojciec rubla srebrnego i dał mi z błogosławieństwem i radą, abym go wydał tylko w ostatniej nędzy. Bogu Najwyższemu niech będą dzięki, mam go dotąd przy sobie, trzymam w portmonetce i uważam za pewien rodzaj talizmanu utrzymującego dostatek w mej kieszeni. Raz jeden tylko musiałem go zastawić. Przybyłem do Wilna w lecie roku 1867 i niespodziewanie zrobiłem wydatki większe, jak mi na to gotówka moja pozwalała. Udałem się wówczas do Matysa, mego towarzysza broni z roku 1863, a wówczas już urzędnika biura jenerał-gubernatorskiego, dokąd utorowało mu drogę wyznanie prawosławne, osłaniające go przed wszystkimi podejrzeniami o czyny nielojalne. Zagabnięty o małą, krótkoterminową pożyczkę, oświadczył, że pieniędzy sam nie ma obecnie, a pożycza u swych znajomych tylko na zastaw. Spytał więc, czy nie mam czegoś do zastawienia. Z obawy, aby mi tego rubla srebrnego nie zmieniono w zastawie, wyrył na nim moje litery: „A.S.” i odniósł do znajomego aptekarza, od którego przyniósł mi rubla papierowego. Do dziś dnia można jeszcze widzieć na nim te litery, wyryte ręką towarzysza broni, chociaż już silnie zatarte.
Za powrotem do Kowna zakomunikowano mi radosną nowinę, że wkrótce Żdżarski odbędzie przegląd naszych sił zorganizowanych i obdzieli nas bronią, poczem w czasie bliżej nieokreślonym, lecz już bliskim, wyruszymy we Żmudź. Nareszcie od dawna zapowiadany zbliżył się dzień przeglądu siły bojowej, mającej poruszyć Żmudź. Na ten cel wybrano prywatne mieszkanie — o ile sobie przypominam — kupca Huwalda, skąd tenże był się wyprowadził; pamiętam dobrze, że dom był pusty, a tylko w jednym pokoju mieszkał jeden z moich kolegów (Mickiewicz). O naznaczonej godzinie zaczęli się zbierać członkowie organizacji powstańczej gimnazjalnej (w ilości 30—40), a po krótkim oczekiwaniu pojawił się i przyszły wódz Żdżarski. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy chwili, w której nastąpi rozdanie broni; oczekiwaliśmy pak z karabinami, a tymczasem Żdżarski przywiózł ze sobą jakieś małe zawiniątko. Nareszcie sezam się otworzył. Przyszły nasz wódz wyjął z zawiniątka kilka nożów myśliwskich, w róg oprawnych, które rozdał dziesiętnikom, a kilkunastu szeregowcom dostało się po pudełku pistonów, które wzięliśmy początkowo za pudełka z cukierkami. Konsternacja w całej sile zbrojnej była ogromna. Jakkolwiek wówczas powtarzano dosyć często frazes, iż kto ma ręce, może wziąć kij, z kijem zdobyć karabin, a karabinem zdobywa się armaty. Lecz logika ta nie trafiała nawet do naszej wysoce egzaltowanej wyobraźni. Widząc nasze przygnębienie a domyślając się jego przyczyny, oświadczył nam, iż broń potrzebną otrzymamy po wyjściu z Kowna, za miastem, albowiem posiadanie broni lub wykrycie tejże pociągnęłoby nie tylko dla nas, lecz i dla całej sprawy poważne następstwa. Argument ten był słuszny, a wskutek tego rozchodziliśmy się do domów w najlepszej myśli, po tym pierwszym, wstępnym przeglądzie naszej gotowości bojowej.
Tymczasem udało mi się przyjść do posiadania broni na innej drodze. Pewnego poranku otwierają się szeroko drzwi mego pokoju i wchodzi jeden z moich znajomych, Michał Boczański, o którym wiedziałem dobrze, że poszedł do powstania do oddziału Korewy, oficera straży leśnej. Był to pierwszy oddział, tworzący się w powiecie trockim. Oddział ten liczył nie więcej półtora stu ludzi. Miałem w nich bardzo wielu znajomych, których później w życiu nie spotkałem.
Boczański był synem chłopa ze Żmudzi, ukończył parę klas gimnazjalnych, a potem służył w administracji hr. Tyszkiewicza w Żyżmorach jako pisarz prowentowy. Był to zacny chłopiec, przejęty gorącym patriotyzmem, rwący się gorączkowo do czytania naszych wielkich poetów, których w druku dostać było nie podobna. Boczański, w chwilach wolnych od pracy obowiązkowej, przepisywał „Pana Tadeusza” od deski do deski, wiele pism zakazanych Z. Krasińskiego i Słowackiego. Z jego odpisów, dokonanych bardzo kaligraficznie, po raz pierwszy zapoznałem się z Krasińskim i odczułem dla tego poety niezwykłą sympatię, którą przechowałem przez życie całe.
M. Boczański rwał się niecierpliwie do powstania i jeden z pierwszych poszedł do oddziału Korewy. W chwili obecnej stał przede mną w burce z grubego sukna domowego (samodziału) pomiętej i zbrudzonej, niewyspany, niemyty, niesłychanie zmęczony. Widok, zaprawdę, nie zbyt zachęcający do pójścia w jego ślady. Chciałem u niego rozpytywać o szczegóły potyczki. Odrzekł mi krótko: „jesteśmy rozbici, wielu z nas, korzystając z ciemności nocy, schroniło się do Kowna; niewątpliwie będą nas tutaj poszukiwać. Jadę co rychlej na Żmujdź do rodziny. Aby mię nie wzięto za powstańca, daj mi jakieś wierzchnie ubranie, a ci zostawię mój nowy piękny rewolwer”. Na te słowa poszedłem do szafy, wyjąłem z niej futro, a raczej dobry kożuch barani, kryty suknem i ofiarowałem rozbitkowi pierwszego oddziału na Litwie właściwej. W pół godziny później pożegnaliśmy się, aby już więcej nie spotkać się w życiu. Dla mnie pozostała cenna pamiątka w postaci sześciostrzałowego rewolweru, z którego nacieszyć się nie mogłem. Bawiłem się nim, jak dziecko zabawką. Wdowa, u której mieszkałem na stancji (pani Maculewiczowa), wiedząca o moim współudziale w organizacji narodowej, przez te kilka dni żyła w nieustannej trosce. Najpierw z obawy, aby rewolwer nie wystrzelił (broń ta była wówczas jeszcze mało znana na Litwie, więc zwała ją „lewolwer”), a po wtóre z obawy przed rewizją domową, której wyniki mogły ją skompromitować, jako wdowę po urzędniku pobierającą emeryturę.
Zbliżał się nareszcie dzień opuszczenia Kowna. Żdżarski wezwał dziesiętników i zapowiedział nam, abyśmy wraz z naszymi dziesiątkami, byli gotowi do wyjścia w dniu 4 marca starego stylu, w dniu św. Kazimierza, patrona Litwy. Z zachowaniem wszelkich ostrożności zakomunikowaliśmy o dniu wyprawy naszym współuczestnikom w każdej dziesiątce. Rozpoczęły się ostatnie przygotowania — o to mniejsza — lecz zarazem i ostatnie pożegnania. Żegnano się w kółkach rodzinnych, żegnano się po cukierniach i restauracjach. Ruch panował niezwykły, a nastrój uroczysty. Matki, siostry i kochanki chodziły zapłakane, a uczestnicy przyszłej wyprawy pędzili w dorożkach do domu. Lekkomyślność młodzieńcza i gadulstwo czysto polskie objawiło się w całej pełni. Mnogie objawy zewnętrzne w takim mieście jak ówczesne Kowno nie mogły ujść uwagi nawet tak głupiej policji jak ówczesna rosyjska. Do żandarmerii doszła wieść pewna, iż wyjście z Kowna nastąpi stanowczo dnia 4 marca.
Wówczas Żdżarski wezwał dziesiętników, zbeształ nas b. surowo, i polecił, abyśmy o terminie wyjścia zakomunikowali naszym podwładnym dopiero 5 marca, w wigilię wyprawy, którą zatem odroczono do 6 marca. Stało się według rozkazu i tym razem dochowano lepiej tajemnicy.
Członkowie każdej dziesiątki mieli zebrać się w mieszkaniu dziesiętnika i co pięć minut jeden po drugim wychodzić z mieszkania. Prosiłem mojej pani, aby sama wyszła z mieszkania i zabrała ze sobą sługę już wcześnie z rana, co też chętnie uczyniła.
Ubrałem się w mój strój powstańczy, w wysokie, myśliwskie buty, długą świtkę z grubego sukna, bez żadnych ozdób, przepasałem się szerokim rzemiennym pasem, za który z wielką dumą, zatknąłem mój rewolwer w olstrze. Ubrany padłem na kolana i modliłem się gorąco do Matki Boskiej Ostrobramskiej, do której zwracam się w chwilach najkrytyczniejszych mego życia, a ona ratowała mię nie w jednej ciężkiej potrzebie. Następnie żegnałem się w duszy z ojcem, matka (miałem tylko macochę), z siostrami i braćmi. Godzina tymczasem wyznaczona nadeszła i przeminęła, a moich współtowarzyszy jak nie ma tak nie ma. Zacząłem zniecierpliwiony chodzić po pokoju coraz niespokojniejszym, pośpieszniejszym krokiem. Nareszcie zaczęli się zjawiać jeden po drugim, lecz zamiast; pełnej dziesiątki przybyło tylko czterech (Michaś Markiewicz, Nowicki, Znamierowski a czwartego nazwiska nie pamiętam).
Widząc zatem, że czterech stanowić będzie cały mój zastęp, postanowiliśmy ruszyć w oznaczonym porządku. Do zebranych współuczestników pierwszej wyprawy żmudzkiej przemówiłem w kilku słowach tej mniej więcej treści, iż godzina walki wybiła i dla Litwy; że podnosimy broń dla stwierdzenia braterstwa obu bratnich narodów; że w naszym drobnym zastępie kowieńskim tkwi może zarodek ściślejszego w przyszłości zespolenia Litwy i Polski, odradzającej się ponownie z gruzów wiekowego rozbicia unii lubelskiej. Na wzmiankę o podniesieniu broni rzuciłem dumnym wzrokiem na mój rewolwer, podczas gdy moi współtowarzysze smutnie spoglądali na swe noże myśliwskie. Następnie dałem hasło do wyjścia. Nigdy nie zapomnę tej walki, jaka ze sobą staczał kolega Znamierowski. Przeczuwającej coś niedobrego matce wyrwał się z rąk prawie przemocą, nawet w płaszczu studenckim i zjawił się w moim mieszkaniu, a teraz, przy wyjściu stoczył walkę sam ze sobą, z poczuciem obowiązku — jak sądził — względem ojczyzny, a miłością ku matce; wychodził i wracał do mego mieszkania. Nareszcie przyszła kolej wyjścia na mnie, a Znamierowski, widząc, że dłuższa walka jest niemożliwą, wyszedł — byłem prawie pewny, że do domu. Ja zamknąłem mieszkanie, klucz położyłem na szafie ściennej, a rzuciwszy po raz ostatni wzrokiem na to skromniutkie mieszkanie u stóp klasztoru p.p. Benedyktynek i na okrągłą wieżę kościoła Klasztornego, chcąc sobie utrwalić te miejsca, wśród których tyle myśli i uczuć przesunęło się w mej duszy młodzieńczej, ruszyłem w dół ku rzece Wilii.
Rozpoczynał się nowy okres w moim życiu; młodość „górna i chmurna”, częściej atoli ta ostatnia, przeobrażała się w przedwczesny wiek męski . . .
Szedłem lewym brzegiem Wilii w górę; moi koledzy a w ich liczbie i Znamierowski szli jeden za drugim w znacznym oddaleniu. Zresztą domki, z tej strony rzeki dosyć gęste, dobrze nas zasłaniały przed okiem policji lub żandarmerii. Ostrożność tem bardziej była potrzebna, że w pobliżu rzeki, na stoku góry, było mieszkanie pułkownika żandarmerii. Jakież moje było przerażenie, kiedy rzuciwszy okiem na drugi, prawy brzeg Wilii, dostrzegłem jak tani przez tak zwaną Słobodę, ciągnął się również w górę rzeki, cały łańcuch przyszłych powstańców. Widział ich ze swego mieszkania, jak później zapewniał — i pułkownik żandarmerii, lecz sądził, iż to uczestnicy jakiejś przechadzki. Po paru godzinach drogi znaleźliśmy się w lasku nadbrzeżnym, jako punkcie zbornym, skąd, po przybyciu naczelnika Żdżarskiego z obiecaną bronią i zapasami żywności, mieliśmy promem przeprawić się na drugi (prawy) brzeg Wilii i połączyć się z resztą kolegów, oczekujących naszego przybycia. Już w tym lasku objawiły się pierwsze skutki braku doświadczenia i przezorności. Lasek był dosyć rozległy i niektórzy w nim gubili się,, aby zaś zebrać wszystkich zaczęliśmy wzajemnie nawoływać się po imionach i nazwiskach. Również z niecierpliwością wyglądaliśmy z lasu przybycia Żdżarskiego. Nareszcie ukazał się wóz parokonny, na nim nasz naczelnik.
Odetchnęliśmy pełna piersią, a otucha wstąpiła w serca nasze. Teraz nie byliśmy już sami, jak stado opuszczonych błędnych owiec.. Głośnym okrzykiem radości powitaliśmy naszego naczelnika. Było tam kilkanaście bułek chleba, kilkanaście drążków do kos i paczka, kos, świeżo gdzieś widocznie zakupionych. Niektórzy, ze współtowarzyszy uzbroili się w te drążki.
Przez Wilię trzeba było przeprawiać się jak najśpieszniej, albowiem mały oddział Kozaków z Kowna wychwytałby nas co do nogi, bez wystrzału prawie. Oczywiście kilku z nas, uzbrojonych w rewolwery, odegrałoby rolę starej gwardii Napoleońskiej, albowiem pewna część uzbrojona w drzewce od kos wyglądała raczej na garstkę pastuchów, jak na oddział zbrojny.
Przeprawy promem dokonaliśmy szczęśliwie, i wśród ponownych, entuzjastycznych okrzyków, znaleźliśmy się wszyscy razem. Zaczęliśmy się liczyć. Było nas na ogół pięćdziesięciu kilku, a więc tylko tyle z jednego z większych miast litewskich, słynnego z patriotycznych manifestacji. Przeważna część tego pierwszego oddziału, mającego poruszyć Żmudź, stanowili gimnazjaliści, kilku urzędników (pomiędzy nimi Adolf Juszkiewicz, który podczas obchodu zjednoczenia Litwy z Polską kroczył na czele procesji kowieńskiej, krzyżem torując drogę do mostu nad Niemnem przez oddział kozacki) i kilku rzemieślników, a między tymi ostatnimi trzech rodzonych braci, tęgich chłopców z fabryki fortepianów. Najstarszy pomiędzy nami, jakiś urzędnik, liczył lat czterdzieści kilka, a był wybornym strzelcem.
Pierwszą zaś czynnością było oprawianie kos w położonej nad brzegiem rzeki kuźni. Drzewca przyniósł za sobą nasz naczelnik. Wkrótce część oddziału, dzięki zwinności kowala, miała kosy na drzewcach, a więc w danym razie mogła już się bronić. Nadto trzeba było postarać się o wóz pod rzeczy. Znalazł się wkrótce stary wieśniak z jednokonnym wózkiem litewskim, na który złożyliśmy nasze rzeczy i chleb, a więc był już zarodek naszej intendentury wojskowej. Ruszyliśmy w drogę, otoczywszy tłumnie, bez porządku bojowego, wózek z rzeczami i naszego naczelnika. Za ten brak porządku usłyszeliśmy reprymendę od naszego starego chłopa: „A cóż to idziecie jak milicja” (chłop litewski miał zawsze skłonność do przekręcania wyrazów polskich: u niego mapa zwała się „małpa”, a małpę zwał „wałpą”). Na tę uwagę zaczęliśmy się śmiać, a chłop spytał: „a pamiętacie ostatnie powstanie?” Wśród nas zapanowało głuche milczenie, a chłop znacząco kiwał tylko głową, wyrażając tym swoje myśli, iż nie tacy to wówczas i nie w takiej liczbie szli do walki, a jednak zostali pobici. To znaczące kiwanie głową przez chłopa podziałało na nas chwilowo deprymująco.
Wkrótce spotkaliśmy się z ironią, gdyśmy po raz pierwszy wykonywali obowiązki władzy. Na drodze spotkaliśmy się z powozem, w którym siedziało dwóch szlachciców. Naczelnik kazał woźnicy się zatrzymać, zbliżył się do powozu i zażądał od tych panów legitymacji, oczywiście ustnych, w imieniu Rządu Narodowego, który rozciąga nad krajem władzę w chwili wybuchu zbrojnego powstania. Panowie ci żądane wyjaśnienia dawali, lecz z uśmiechem ironicznym przyglądali się uzbrojeniu i młodocianemu wyglądowi tych kadr przyszłej armii żmudzkiej. Następnie szliśmy długo, bardzo długo, aż do pierwszego popasu w jakimś dworze, którego nazwy nie pamiętam (może Łopie?). Właścicieli w domu nie było, ale przyjęto nas gościnnie i dostarczono w ilości pożądanej chleba, mleka i sera. Po wypoczynku ruszyliśmy już w nocy dalej. Z głównej dotąd dobrej drogi zboczyliśmy gdzieś na drożynki leśne i szliśmy przez noc całą. Było to zatem z 6 na 7-my marca starego stylu. Błoto było ogromne i deszcz padał obficie. Nogi grzęzły głęboko w błocie i moczarach leśnych. Taki długi marsz zmęczyłby nawet najwytrawniejszego żołnierza, a cóż mówić o nas, którzyśmy dotąd odbywali tylko krótkie przechadzki w dzień jasny, po równej drodze. Nieraz z wielkim trudem przychodziło się wydobywać nogi z tej topieli leśnej lub przeskakiwać z jednej kępy na drugą. O trudnościach tego marszu przez niskie, błotniste lasy, ten chyba może mieć wyobrażenie, kto znał stan dróg litewskich z przed laty czterdziestu, a więc przed i w czasie powstania z r. 1863. Takiej podróży i takiego umęczenia nigdy więcej w życiu nie zaznałem…. I dziś jeszcze żywo mi tkwi w pamięci, wycieńczenie, bladość, zniechęcenie, jakie malowały się na naszych twarzach, gdyśmy drugiego dnia odpoczywali w jakimś zaścianku czy leśniczówce.
Siebie widzieć nie mogłem, bośmy nie zaopatrzyli się w takie bagatelki, jak zwierciadło, lecz na kolegach moich widziałem wyraz twarzy, przypominający rekonwalescentów, świeżo, z pośpiechem, wydalonych ze szpitala. Z ust powstańców wydobywały się skargi i narzekania . . . Nikt jednak o powrocie do ognisk nie myślał, chociaż czekała na nas jeszcze jedna podobna noc marszu po drogach leśnych, moczarach i roztopach, wśród obfitego deszczu, przeplatanego mokrym, marcowym śniegiem, aby trzeciego dnia z rana znaleźć się na miejscu przeznaczenia, w Wysokim Dworze Yergissów, rodziny niemieckiej z pochodzenia, lecz całkiem spolszczonej. W ciągu tych dwóch dni zrobiliśmy 10 mil drogi, ale jakiej to drogi!
Państwo Vergissowie nie mieszkali w Wysokim Dworze; siedział tam rządca Podbielski wraz z rodziną. Dom mieszkalny zajął naczelnik ze swym sztabem, a we wszystkich zabudowaniach rozlokowali się powstańcy. Nieraz sobie myślałem, za jaką to winę zesłał na nich, żyjących dotąd cicho i spokojnie, wśród lasów żmudzkich, takich nieproszonych gości, którzy ruchem, gwarem, ciżbą od rana do późnej nocy zapełniali dwór cały. Zaledwie jeden pokój pozostał rządcy i całej jego rodzinie; na twarzach tych biednych ludzi malowała się nieustanna troska i tęskne oczekiwanie, kiedy ci goście pójdą sobie nareszcie. Na domiar złego cała rodzina Podbielskich żyła jakby na wulkanie, lada nieostrożność pierwszego lepszego dyletanta -wojaka mogła spowodować katastrofę.
Dwór i reszta zabudowań znajdowała się na wzgórzu; w około obejścia gospodarskiego rozciągał się sad i ogrody warzywne, daleko wokoło pola, a poza nimi we wszystkich kierunkach rozciągały się, jak oko sięgnie, bezbrzeżne i bezdrożne lasy; oko gubiło się wśród tych ciemnych przestrzeni lasów szpilkowych. Większa droga wiodła przez lasy do miasteczka parafialnego Wilkiż, a zresztą przerzynały lasy tylko małe drożynki leśne, służące komunikacji lokalnej i dla wywozu drzewa. Zważywszy na wczesną, na poły śnieżną, a na poły dżdżystą porę roku, i na niskie położenie lasów, stanowisko nasze można było uważać do czasu przynajmniej — za całkiem bezpieczne. O nieprzyjacielu nigdzie w okolicy słychać nie było.
Tymczasem w naszym oddziale zaszła ważna zmiana. W kilka dni po naszym rozlokowaniu się w Wysokim Dworze przybył Bolesław Kołyszko i objął naczelne dowództwo, a Żdżarski znajdował się w jego otoczeniu, do spraw wojskowych nie mieszał się wcale, a — o ile mogliśmy tajemnice urzędowe przeniknąć — pełnił obowiązki komisarza cywilnego przy boku naczelnika.
Bolesław Kołyszko — piszę tutaj to tylko, co opowiadano w obozie — pochodził z powiatu lidzkiego guberni wileńskiej. Ukończył pięć klas powiatowych (a więc bez języków starożytnych), po czym udał się na uniwersytet do Moskwy, gdzie zdał egzamin wstępny, zwykle bardzo trudny nawet dla tych, co kończyli całe siedmioklasowe gimnazjum. Okoliczność tę podnoszono jako wyraz jego niezwykłej pracowitości i energii. Następnie — jak nam opowiadano — opuścił Rosję i udał się do szkoły wojskowej w Cuneo, w Piemoncie, która miała kształcić przyszłych oficerów powstaniu polskiemu. O zdolnościach wojskowych Kołyszki tutaj nie piszę, bo też nie piszę historii powstania roku 1863, tylko pamiętnik, i ograniczam się wyłącznie do tego, co sam widziałem i słyszałem. O energii i stanowczości jego mogłem jednak przekonać się z tych zarządzeń, które wydawał, a które znajdowały posłuch ogólny. W obozie naszym, o ile mogę sobie po tylu latach odtworzyć obraz jego w pamięci i zdać sobie z tego sprawę, panowały karność, ład i porządek.
Od przybycia nowego naczelnika zapanował ruch niezwykły w obozie. Ilość powstańców rosła niesłychanie szybko: przybywali ludzie różnego stanu z całej okolicy i ze stron dalszych, ale najwięcej przybywało chłopów różnego wieku. Rząd prowincjonalny litewski wydał w tymże czasie manifest do ludu wiejskiego, wzywający do walki w obronie wiary i ojczyzny, a księżom polecił, aby manifest ten w pierwszą niedzielę odczytali ludowi i poczynili odpowiednie wyjaśnienia. Księża w diecezji żmudzkiej istotnie wypełnili rozkaz Rządu Narodowego z całą naiwną dobrodusznością, z bardzo małym wyjątkiem. Na lud żmudzki, nadzwyczajnie pobożny, przyzwyczajony do bezwarunkowego posłuszeństwa księdzu, manifest ten wywarł ogromne wrażenie. Jeżeli księża usłuchali rozkazów nowego rządu nie było najmniejszej racji, aby lud ich nie usłuchał. Wszyscy, liczący od lat 17 do 40 wieku, zaczęli tłumnie wybierać się do powstania. Powstańcy ci częstokroć słowa nie rozumieli po polsku, o ojczyźnie nie mieli zgoła wyobrażenia, ale na wezwanie księży szli bronić wiary.
Był to lud ciemny i przesądny, chociaż czytać umiał po litewsku i — jak sam widziałem niejednokrotnie — modlił się w ogromnej większości z książki w kościele. O Moskalach miał w ogóle niejasne wyobrażenie. Były wsie w tej stronie ¯Żmudzi, których mieszkańcy w żywe oczy wojska rosyjskiego do roku 1863 nie widzieli, a że o nim miał lud wiejski niezbyt pochlebne wyobrażenie, tego najlepszym dowodem była okoliczność, że za ukazaniem się oddziałów ruchomych rosyjskich cała ludność wiejska pierzchała przed nimi z domów, łąk i pól, ukrywając się w najbliższym lesie, co niesłychanie irytowało dowódców tychże. Lud wiejski na Żmudzi opowiadał sobie, że wojska moskiewskie składają się z istot, mających psie głowy (szungalwi), a więc nic dziwnego, że nie miał wielkiej ochoty spotykać się z nimi oko w oko . . .
Lud napływał coraz tłumniej do obozu powstańczego w Wysokim Dworze. Matki, żony i siostry odprowadzały częstokroć synów, mężów i braci; podziwu godny był ten spokój, z jakim żegnały swych najbliższych. Zdawało się, że wzajemnie nie pojmowano niebezpieczeństwa, jakie tak czy owak groziło uczestnikom. W ciągu paru tygodni oddział nasz urósł do 600 ludzi; dla tej masy ludzi brakło tylko bagatelki, to jest broni palnej, aby ją zamienić na siłę zbrojna. Brak ten największy dla „ludu pod bronią” zastępowano kosami, ale ufności wielkiej do tego rodzaju broni nikt zgoła nie miał. Wprawdzie powtarzano nam dosyć często, że kto ma ręce zdrowe może wziąć kij, kijem zdobyć sobie karabin, a karabinem zdobywają się armaty. Lecz tego rodzaju argumentacja wywołała tylko żartobliwe uwagi i parafrazowano je na różne sposoby. Ten tylko brat kosę do ręki, jako zło nieuniknione, kto nie miał własnego karabinu.